Licznik odwiedzin: 10789
 Na szagę

Bliskie spotkania - cz. II

Katarzyna Komar 31-01-2017


Zima w pełni. Wspaniała. Tylko raz nam pogroziła, obniżając temperaturę poniżej -20 stopni. Śnieg, mróz – rewelacja! I tak od czterech tygodni, a to jeszcze nie koniec...


Hu hu ha, nasza zima zła...
Fot. Jerzy Komar
Wygłodniali

Sikorki gardziły naszym karmnikiem. Ale śnieg widocznie leży już za długo, więc gromadnie zaczęły odwiedzać dąb na naszym trawniku, gdzie czekają na nie ziarna słonecznika, masło i połupane orzechy włoskie. Wszystko opakowane w wygodne siatki, można się uczepić pazurkami i wyjadać. Przychodzą też kosy i sójki. Dla kosów są suszone owoce, rzucone wprost na ziemię, dla sójek orzechy włoskie. Koty mają bezwzględny zakaz wstępu na nasz teren, więc ptaki mogą się czuć bezpiecznie. Kosy żerują nam pod samymi oknami, rozgrzebując śnieg i opadłe dębowe liście.


Ciekawski zając

Zdaniem naszego sąsiada zająca zima trwa zdecydowanie za długo. Biedny podchodzi pod ogrodzenia naszych padoków, siada pod słupkami i czeka, nie wiadomo na co. W księżycowe noce hula po sadzie, ale nie czyni szkód w nowych nasadzeniach drzew i krzewów. Na zimowym padoku końskim czeka na niego najlepsze siano i woda w poidle. Ale i tak najbardziej upodobał sobie trawnik przed domem. Tutaj wyrosła bujnie życica trwała, koszona ostatni raz bodaj w październiku. Stołówka jak się patrzy.
Sąsiad zając
Fot. Jerzy Komar
Tego dżentelmena poznaliśmy jeszcze w 2015 roku, kiedy zbieraliśmy porzeczki w ogrodzie przed domem. W pewnej chwili usłyszeliśmy na asfalcie tętent biegnącego zwierzęcia i zza zakrętu wypadł rozpędzony zając. Był jeszcze malutki, musiał mieć najwyżej parę miesięcy. Nieraz później pałętał się po podwórzu, oglądając przywożone sprzęty i narzędzia.
Przy naszym ogrodzie latem ubiegłego roku leżała hałda piachu, którą pomału likwidowaliśmy. Ale póki była, korzystały z niej chętnie wróble i inne ptactwo – kąpały się w piasku. Każdego ranka, oznajmiając się donośnymi fanfarami, przychodził na kąpiel bażant. Pewnego razu miałam okazję widzieć z okna kuchni, jak z jednej strony ku hałdzie maszeruje dostojnie bażant, aby zażyć zwykłej kąpieli, zaś z drugiej, niewidoczny dla ptaka, kica zając. Obaj jednocześnie znaleźli się na wierzchołku hałdy. Ujrzawszy się niespodzianie, obaj spanikowali i rzucili się do ucieczki, każdy z powrotem w stronę, z której przyszedł. Od tej pory bażant poniechał piaskowych kąpieli...


Zima w najlepsze...
Fot. Jerzy Komar
Młode jenoty

W zeszłym roku w lutym udało nam się sfotografować na naszej działce ślady samicy jenota. Zdaje się, że mieszkała na sąsiedniej opuszczonej działce, w starym domu. Wiosną i latem widywaliśmy ją częściej. W maju prowadziła młode – cztery kudłate kulki. Bawiły się na drodze przed naszym domem, gryząc nawzajem dla zabawy, biegając i turlając po asfalcie. Nieraz wygłupiały się za zakrętem drogi, więc ich nie widzieliśmy, ale nieraz słyszeliśmy, jak listonosz czy wracający z miasta sąsiad trąbią na rozbrykane maluchy, które nie chciały przepuścić samochodu.
Latem cała gromada jenotów przychodziła do naszego sadu wyjadać czereśnie, które zostały po zbiorze owoców – umyślnie zostawiliśmy przebrane czereśnie na ziemi. Przez kilka wieczorów z rzędu, kiedy tylko ściemniło się na dobre, w sadzie rozlegało się mlaskanie pięciu pyszczków.


Groźne chrabąszcze

Mocnych wrażeń dostarczyły nam pewnego sierpniowego wieczora chrabąszcze. Właśnie skończyliśmy budowę ogrodzenia jednego z padoków i konie spędzały sobie na nim czas po raz pierwszy. Zapadał wieczór i chcieliśmy je przetrzymać aż do zapadnięcia zupełnego zmroku, ale się nie udało – za sprawą chrabąszczy i młodszej klaczy.
Siedzieliśmy po skończonej pracy na trawie na końcu padoku, a przy nas pasła się starsza klacz. Młodsza czekała przy wyjściu, niecierpliwiąc się już. Ale widząc, że czas padokowania jeszcze się nie skończył, z wahaniem przyszła do nas i zaczęła się paść. Próbowała jeszcze prosić, żeby już ją wpuścić do stajni, ale po chwili zajęła się trawą. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie chrabąszcze...
Przyleciało ich kilka nie wiadomo skąd, czyniąc hałas na podobieństwo bombowców. Starsza klacz zaniepokoiła się trochę, ale jedyne, co zrobiła, to przysunęła się bliżej do nas i zaczęła się paść nieco bardziej nerwowo. Natomiast młodsza wpadła w panikę i uciekła. Ukryła się pod wiatą i stamtąd obserwowała sytuację. Chrabąszcze były
Sikora Bogatka (Parus major)
Fot. Jerzy Komar
dokuczliwe, w locie obijały się o nas, siadały nam we włosach, ale nie robiły żadnej krzywdy. W końcu odleciały w inny rejon pastwiska i mieliśmy od nich chwilę spokoju. Młodsza kobyłka, zdobywając się na nie lada odwagę, wróciła do nas, ale nim zaczęła się paść, chrabąszcze wróciły. Mała, trzęsąc się na całym ciele, postanowiła wziąć bezpieczeństwo stada we własne kopytka, skoro stado jest tak lekkomyślne i wystawia się na straszliwe ataki śmiercionośnych chrząszczy. Zaczęła nas zaganiać. Starsza klacz poddała się jej despotyzmowi i pozwoliła się oderwać od ukochanej trawy, podążając noooga za nooogą ku stajni, ale my zostaliśmy. Młoda, zdobywając się na niebywałą odwagę, wróciła po nas i gestami (machanie głową, napieranie) zaczęła nakazywać nam ewakuację wraz z resztą stada. Na taki brak dyscypliny nie mogliśmy pozwolić, bo stadem rządzimy my i nikt inny; przekonaliśmy przerażoną klacz, żeby została jeszcze z nami i że nic jej nie grozi. Dopiero kiedy nieco się uspokoiła, odprowadziliśmy ją pod stajnię, gdzie czekała starsza klacz.
Cała nasza „rozmowa” odbywała się bez żadnych środków przymusu w stosunku do koni – nie noszą nawet kantarów, biegają po pastwisku gołe i wesołe. My mówimy po końsku, one trochę rozumieją po naszemu – i jakoś się dogadujemy. I właśnie o to w tym wszystkim chodzi...


Stronę zaprojektował Jerzy Komar