Licznik odwiedzin: 10477
 Na szagę

Bliskie spotkania - cz. I

Katarzyna Komar 30-12-2016


30 grudnia 2016 roku strona Na Szagę obchodzi pięciolecie istnienia. Bardzo dziękujemy wiernym Czytelnikom, którzy tak dzielnie nam towarzyszą – niektórzy od samego początku. Szczególnie chcemy podziękować tym, którzy nie tylko czytają, ale i do nas piszą, za podzielenie się z nami swoimi przemyśleniami i różnymi ciekawymi informacjami. W kolejnym pięcioleciu liczymy na więcej :)
Tymczasem, żeby zakończyć 2016 rok na wesoło, opowiem Wam co nieco o tym, jak się żyje w miejscu, gdzie zawracają wrony (rzeczywiście, nie ma ani jednej – ale to chyba sprawka kruków) i fale radiowe. Nie mamy zbyt wielu sąsiadów z gatunku ludzkiego, ale za to zwierzęcych jest całe mnóstwo. I o nich właśnie będzie ten krótki tekst.


Zawracają razem z falami radiowymi
Fot. Jerzy Komar
Jak z horroru

Nasz dom jest zadziwiająco cichy. Nie wiem, czy jest tak solidnie zbudowany, czy na tyle młody, że nic w nim nie trzeszczy, nie stuka, nie puka... Latem zeszłego roku wymienialiśmy wszystkie instalacje, więc był jeszcze cichszy – dosłownie panowała w nim cisza dzwoniąca w uszach. Słyszało się bicie własnego serca, jeśli akurat na zewnątrz było równie cicho. A zdarzały się takie momenty. Pewnego sierpniowego wieczora, krótko po wymianie starych drewnianych okien na nowe, byłam akurat sama w domu i czytałam sobie przy latarce książkę. Było już po zmroku, kiedy usłyszałam jakieś przedziwne wibracje, które zdawały się wprawiać w drżenie ściany i strop. Przychodziły nieregularnymi falami i wyraźnie dobiegały z piętra domu – ze strychu. Pobiegłam więc na górę, ale niczego nie udało mi się zobaczyć, a wibracje przycichły. Wróciłam na dół. I nagle rozległy się na dole! Co to u licha mogło być? W domu nie było światła; biegając z latarką po wszystkich pomieszczeniach szukałam źródła przedziwnych głuchych dźwięków i nagle zobaczyłam nietoperza – miotał się po przedpokoju jak stwory z antycznej gry komputerowej na Atari 800. Sądząc z rozmiarów, był jeden z naszych największych krajowych nietoperzy, borowiec wielki. Poruszał się tak piorunująco szybko i precyzyjnie, że cały przedpokój był go pełen. Powietrze poruszane jego skrzydłami wydawało wśród pustych ścian ten wibrujący dźwięk. Niesamowite! Otworzyłam drzwi na ganek i okno w pokoju, starając się go zagnać do któregoś z wyjść, ale unikał mnie z niesłychaną precyzją. Biedny, po wstawieniu nowych okien na strychu w miejsce nieszczelnych starych, znalazł się w pułapce i jakimś cudem przedostał się przez otwory wentylacyjne na parter. Zgasiłam latarkę i po ciemku nakierowałam go jakoś do otwartego na oścież okna. Uciekł. Od tej pory nie wrócił do domu, mieszka w chlewiku i bardzo sobie chwali.


Lisek chytrusek

Mamy na działce hałdę piachu pozostałą jeszcze z remontu. Pewnego letniego dnia zauważyłam wykopane w niej dwie nory. Dość płytkie, kopane na próbę. Tajemniczy kopacz zostawił mnóstwo śladów, po których go poznaliśmy. Był to lis. Niedługo później zawarliśmy z nim – a właściwie z nią – bliższą znajomość.
Padał ulewny deszcz. Konie stały sobie pod wiatą, a ja wybiegłam na chwilę z domu zobaczyć, czy im czegoś nie
Borowiec wielki (Nyctalus noctula)
Fot. Jerzy Komar
brakuje. Idąc przez podwórze usłyszałam podejrzany szelest dobiegający z garażu. Weszłam do środka. Nasz garaż póki co pełni funkcję składu przeróżnych rupieci zniesionych z wszystkich innych budynków, a wtedy jeszcze w jednym z kątów składowaliśmy odpady wielkogabarytowe, czekając na ich rychły odbiór. I w tym właśnie kącie przeczekiwał ulewę rudzielec. Uwił sobie gniazdo ze starych firanek i patrzył na mnie z niego jak pies kanapowy. Ani myślał się ruszyć. Uskoczył w kąt dopiero jak zbliżyłam się niemal na wyciągnięcie ręki. Ale jak tylko się odsunęłam, wrócił na legowisko. Cóż było robić? Poszłam sobie, żeby mu nie przeszkadzać.
Następny dzień był pogodny. Lis gdzieś przepadł. Ale kiedy dzień później znowu padał deszcz, z ciekawości zajrzeliśmy do garażu. Był tam, a jakże. Przynieśliśmy mu więc coś do jedzenia – gość to gość, trzeba go jakoś podjąć. Trochę się obawiał jeść przy nas, ale jak tylko odeszliśmy, spałaszował wszystko. Później wracał jeszcze kilka razy, aż do października. Czuł się u nas zupełnie swobodnie; chodził po całym podwórzu. Raz nawet towarzyszył mi, kiedy sprzątałam stajnię – skakał sobie po belach słomy, czatując na myszy. Trzymał się zawsze w pewnej odległości. Wylegiwał się na pastwisku przy koniach, straszył jedynego bażanta w okolicy – raz nawet gonił go z takim uporem, że bażant, nie widząc innego wyjścia, frunął aż na wierzchołek olbrzymiej lipy, która rośnie u sąsiada. Lis czas jakiś siedział pod drzewem, patrząc na bażanta z nadzieją, ale dał w końcu spokój. Poszedł sprawdzić, czy nie zostały w sadzie jeszcze jakieś śliwki...
Widujemy go do tej pory. A właściwie jednego z dwóch lisów; z daleka ciężko je odróżnić. Z bliska nie mamy wątpliwości – ten odważniejszy ma jasne skarpetki, prawie siwe, a ten bojaźliwszy, ładne, czarne. Ten ostrożniejszy zrobił nam kiedyś psikusa...
Nieśmiały lis
Fot. Jerzy Komar
Któregoś wieczora zostawiliśmy na schodach ganku buty. Zazwyczaj przed nocą chowaliśmy je do środka, ale tym razem jakoś zostały. Kiedy o wschodzie słońca wychodziłam wypuścić konie ze stajni, na ganku stał jeden but od pary. W nocy wiał silny wiatr, więc pomyślałam, że but, lekki adidas, potoczył się gdzieś i pewnie leży nieopodal. Wracając od koni, zaczęłam jednak buta szukać. Nigdzie w pobliżu go nie było. Dziwne. Obeszłam całe podwórze – nic. Złodziej? Ale na co komu jeden but? W tym momencie przypomniał mi się jedyny znany mi przypadek kradzieży pojedynczego buta i zrobiło mi się nieswojo... Pewnie znacie, Czytelnicy, słynne opowiadanie grozy Pies Baskerville'ów? To właśnie w nim pojawił się ten motyw...
No nic, ukradli, to ukradli, nic nie poradzę. Zajęłam się obrządkami. Przed południem wzięłam konia do pracy na okólniku. Na ścieżce do lonżownika znalazłam oderwany kawałek sznurówki, a na samym lonżowniku, dokładnie na środku, leżał zaginiony but. Rozejrzałam się dookoła. Zdążyłam jeszcze zobaczyć znikającą w rzepaku rudą kitę.


Dzik jest dziki, dzik jest zły

Pewnego letniego wieczora, a było to po intensywnym polowaniu na dziki w pobliskim lesie, kosząc dla koni na noc zielonkę przy stodole, znalazłam w trawie świńskie odchody. Jakoś wtedy uszło to mojej uwagi. Kilka dni później, na
Każda ich ilość mile widziana - nieoceniona pomoc w ogrodzie
Fot. Jerzy Komar
wjeździe od pola, między budynkami, zobaczyłam ślady rapet. Jedne większe, i kilka mniejszych. Postanowiłam wówczas mieć większe baczenie na kompostownik, pozostały jeszcze po poprzednim właścicielu i przeznaczony do likwidacji, żeby go w razie czego ogrodzić pastuchem. Nie chciałam, żeby dziki przyzwyczaiły się do takiej stołówki – głównie ze względu na ich bezpieczeństwo. My się dzików nie boimy. Konie trochę się z początku obawiały, ale potem przywykły.
Przez kilka nocy dziki grasowały w pobliżu podwórza. Są to zwierzęta terytorialne, i nie znoszą zapachu człowieka, którego wszędzie w naszym obejściu jest pełno. Jednego wieczora, zamykając konie, zobaczyłam, jak z rzepaku sąsiada wychyla się ostrożnie locha, obserwując mnie, a obok niej, spomiędzy roślin, wyglądają kolejno cztery ryjki, jak gniazdka ze ściany. Ponieważ nie zdradzałam zamiaru oddalenia się, locha się wycofała, a z nią warchlaki. Kilka razy jeszcze natykałam się w obejściu na ślady ich obecności. Ale zarówno kompostownik, jak i nieogrodzony, otwarty od pola ogródek, pozostały nienaruszone. Oczywiście mieliśmy wszystko na oku, gotowi w każdej chwili interweniować, gdyby dzikom zachciało się jednak zryć to i owo. Ale obyło się bez interwencji. Locha z młodymi przetrwała czystkę, kryjąc się w dojrzewającym rzepaku, a kiedy strzały w okolicy ucichły, odeszła razem z warchlakami. Może wróciła do lasu?
Rodzina sześciu sójek mieszka po sąsiedzku - wpadają czasem na obiad
Fot. Jerzy Komar


Młoda matka sarna

Nie tylko locha z młodymi uznała nasze sąsiedztwo za bezpieczne. W czerwcu przez kilka dni z rzędu słyszeliśmy wieczorami na pastwisku przy samym domu popiskiwania. Brzmiały one dokładnie jak gwizdanie na trawce rozciągniętej między palcami. Były to młode, nowonarodzone sarny, nawołujące matkę. Po głosach mogliśmy się zorientować, że było dwoje młodych.
Dziwnie się zrobiło dopiero wówczas, gdy popiskiwania nie milkły także w dzień, a nawet zaczęły się przemieszczać. Znaczyło to, że matka długo nie wraca, na tyle długo, że młode opuściły wyznaczoną przez nią kryjówkę. Koźlę zgodnie ze swoim instynktem powinno leżeć cicho i nieruchomo, i zazwyczaj tak robi. Te tutejsze zachowywały się bardzo dziwnie, więc zadzwoniliśmy do leśniczego, tym bardziej, że mieliśmy wiadomości o sarnie, która zginęła niedawno pod kosiarką rotacyjną. Może to była matka? Leśniczy polecił zwierzaki nadal obserwować, jeśli podejdą bliżej, schwytać i zamknąć, a wówczas on się nimi zajmie. Woleliśmy tego uniknąć z kilku powodów:
Niańkę pilnie zatrudnię - sarna
Fot. Jerzy Komar
młode albo trafiłyby na resztę życia do jakiegoś ośrodka hodowli zwierzyny, jako niezdolne do samodzielnego życia, albo nie przeżyłyby niewoli. Ponadto, jeśli matka żyła, mogłaby się rozchorować na zapalenie wymion. Zawsze lepiej jest unikać takich ingerencji, jeśli można...
Wynieśliśmy koźlętom wodę, starając się do nich nie zbliżać. Jednak one same garnęły się do nas, zachowując się kompletnie sprzecznie z instynktem. Udało nam się jednak uciec, ale wówczas sarenki zaczęły podchodzić do koni. Przepędziliśmy więc konie dalej i koźlęta wróciły w cień rzepaku. Pilnowaliśmy ich na zmianę przez cały dzień, a ja ponadto poszłam się rozejrzeć za ich matką. Pewne ślady, które znalazłam na sąsiedniej opuszczonej działce pozwalały żywić nadzieję, że matka wróci. Jakoż wieczorem w rzepaku wszczął się ruch, a piski umilkły. Sarna wróciła. Widocznie była to młoda matka, która nie radziła sobie zbyt dobrze z wychowaniem bliźniąt. Może to były jej pierwsze dzieci? Sarny, jak widać, też miewają kłopoty wychowawcze...


Stronę zaprojektował Jerzy Komar