Kanał RSS


Katarzyna Komar 30-04-2017

Śląska słowiańszczyzna - cz. II

W drugiej części cyklu przyjrzymy się wierze w Morę, która jest ogromnie słowiańską1 zjawą. Literatura na ten temat jest przebogata, ale tym razem skupię się tylko na odniesieniach do lokalnej kultury śląskiej, a nawet wyłącznie do naszej małej ojczyzny – regionu kluczborskiego, i to właściwie tylko do jego północnych rubieży – okolic Byczyny.

Nawiedzona Byczyna

Klimatyczny rynek byczyński
Fot. Jerzy Komar
Miasto Byczyna uważane jest za jedno z najciekawszych miejsc Opolszczyzny. Wzmiankowane w połowie XI wieku, zachowało klimat średniowiecznego grodu dzięki niemal kompletnym zabytkowym murom obronnym opasującym stare założenie miejskie. O Byczynie jeszcze kilkadziesiąt lat temu krążyło niemało legend, związanych z czarownicami, wampirami i duchami, odgrywającymi wciąż na nowo krwawe zmagania znane z historii jako bitwa pod Byczyną (24 stycznia 1588 roku starły się wojska kanclerza Jana Zamoyskiego z armią arcyksięcia austriackiego Maksymiliana na jednym ze wzgórz w pobliżu miasta). Ale nie o tym chciałam mówić tym razem. Byczyna zasługuje na rozleglejsze opracowanie. W zbiorze sag śląskich Kühnaua znalazłam kilka opowieści o Morze, pochodzących z okolic Byczyny. I właśnie o nich będzie ten tekst…

Wampir? Zmora?

Morę na jednym tchu wymieniają niemieckie sagi razem z alpami (odmianą wampirów). Czy to to samo? I tak, i nie; w polskim folklorze Mora posiada atrybuty zarówno zmor, jak i innych demonów czy półdemonów – np. morowej
Koń podczas gonitwy hubertusowej
Fot. Jerzy Komar
dziewicy, uosabiającej morowe powietrze, czyli zarazę. Zdaniem badaczy nazwa tego demona (zmora, mara, murawa, kikimora) wywodzi się z tego samego pnia, co słowo morzyć lub zmarły. W folklorze pomorskim, wielkopolskim i śląskim Mora jest duchem duszącym ludzi lub zwierzęta, a czasem nawet drzewa lub wodę (!). Z ludzi wysysa krew, zaś zwierzęta domowe (konie lub bydło) dręczy. Zmory maltertowały głównie konie - zdarzało się, że gospodarz idąc rano do stajni, zastawał konia zmordowanego do ostatka, zmydlonego (okrytego pianą),2 zdyszanego, zziajanego, czasem nawet ochwaconego.3 Tego typu opowieści zdarzało nam się słyszeć jeszcze niedawno na Dolnym Śląsku, w okolicach Kątów Wrocławskich. Oczywiście właściciel zmęczonego konia nie podejrzewał o nic złego rzekomego demona, natomiast zaczynał traktować podejrzliwie sąsiadów, którzy własnych koni nie posiadali, a roboty polowe mieli jakimś cudem pokończone na czas… Znamy również opowieści o przychwyceniu na gorącym uczynku sąsiada, który nocą próbował wyprowadzić konia z cudzej stajni i zaprząc do sprzętu rolniczego pozostawionego w pobliżu. Według wierzeń ludowych niezawodnym sposobem na odegnanie zmory od zabudowań gospodarczych miało być powieszenie martwej sroki wewnątrz budynku.

Jak pomóc dręczonemu przez Morę

J. Lompa w Schlesische Provinzialblättern (1862) pisał swego czasu o dwóch rodzajach zmor. Jedne z nich dusiły śpiących ludzi, a drugie drzewa. Dręczonemu przez Morę łatwo było pomóc – wystarczyło zawołać go po imieniu.
Zmora potrafiła zadusić na śmierć drzewo...
Fot. Jerzy Komar
Złapana zmora zamieniała się w źdźbło słomy, mysz, gęś lub jeszcze inną istotę i wymykała się na wolność.
Dorota Simonides, polska folklorystka, w jednej ze swoich publikacji opisuje dramat pewnej rodziny, w której żona była zmorą duszącą drzewa. Mąż ściął duszone przez małżonkę drzewo (osikę) i rano zastał połowicę martwą.
Dręczony przez zmorę człowiek chwytał się czasem skrajnych sposobów, byle tylko pozbyć się demona. Oprócz standardowych metod, jak położenie siekiery (bądź innych ostrych przedmiotów – sierpa, noża itp.) pod łóżkiem, przestawienie butów i pantofli, obrócenie łóżka o 180 stopni, chwytano się czasem tak drastycznych sposobów, jak okadzanie się dymem ze spalonego nawozu, spożywanie wieczerzy w wychodku lub smarowanie się odchodami.

Kim była zmora

Zmory miały nacinać ostrymi zębami żyłki na szyi lub skroni śpiącego, lub przyciskając go kolanami powodować uderzenie krwi do głowy i spijać krew wypływającą nosem. Według wierzeń ludowych zmorami najczęściej były kobiety, siódme4 córki w rodzinie, lub dziewczynki, przy których chrzcie ksiądz przejęzyczył się, recytując tekst egzorcyzmów.
Zazwyczaj niematerialne, zmory ukazywały się ludziom we własnej postaci, stojąc na poświęconej ziemi. Według przekazów zmora miała ciało białe, przejrzyste jak bursztyn, tak, że widać było wszystkie kości. Była wysoka,
...i dręczyć wodę
Fot. Jerzy Komar
sprawiała ponoć wrażenie, jakby poruszała się na szczudłach. Umiała otwierać wszelkie zamki i przeciskać się przez najmniejsze szczeliny.

Byczyńska Mora

Według podania zanotowanego przez byczyńskiego duchownego, w miasteczku pod koniec XIX wieku miała dręczyć ludzi żebraczka, przybierająca nocami postać Mory:
Alpy, które duszą ludzi, wysysają z nich życiową siłę. Ojciec mojej rozmówczyni również był dręczony przez alpa. Rzecz wyszła na jaw w chwili, kiedy okazało się, że Mora spowodowała, iż ów mężczyzna zaczął wytwarzać mleko. Jedyny sposób, by pozbyć się Mory, o ile znamy ją w jej ludzkiej postaci, to spełniać wszystkie jej życzenia, kiedy mamy z nią do czynienia. Tych, którzy są jej we wszystkim posłuszni, Mora nocami nie nawiedza. Pewna znana tutejsza żebraczka, która przybiera czasem postać Mory, używa tej swojej zdolności dla swych interesów
– pisał w 1902 roku pastor Koelling z Byczyny.
Nie był to podobno odosobniony przypadek. W okolicach Byczyny zmor pojawiało się więcej; były to jednak demony dręczące zwierzęta i drzewa. Kühnau wspomina o nich dość skrótowo. Pisze, że podobnych historii wśród polskiego ludu na Śląsku krąży bardzo wiele. Jak podaje J. Lompa, śląskie Mory są demonami wyłącznie żeńskimi. Kiedy ich ziemskie ciało śpi nocą, duch opuszcza je i wyrusza dusić żywe istoty. Dręczony przez nie człowiek rzuca się przez sen, krzyczy i oblewa się zimnym potem. Jeśli zdoła się sam zbudzić, zmora ucieka, jeśli nie, osoba trzecia może mu pomóc i Morę spędzić. Jeśli zaś dręczony nie śpi, zmora usypia go oddechem. Mory, także te z okolic Byczyny, potrafiły wysysać karmiącym matkom mleko z piersi.

Ziarno prawdy

Z przekazów ludowych można wywnioskować, że zmory odwiedzały głównie ludzi śpiących na wznak. Wiemy, że sen w tej pozycji bywa dla śniącego męczący (z powodu bezdechu sennego chociażby). Zaś ślady na skórze pozostałe po ukąszeniach pluskiew bądź innych insektów brano za ślady zębów Mory. I znów – jak to w legendzie, doszukać się możemy w bajaniach okruchów prawdy.

  1. Ten demon, znany także jako uosobienie nagłej śmierci zwierząt lub ludzi, pojawia się także w folklorze Skandynawii (mara), Anglii (mar) i w Niemczech (Mähre).
  2. Piana na ciele to nie to samo, co piana na pysku konia. Koń dobrze przyjmujący wędzidło będzie miał wąski pasek piany na wargach (tzw. biała szminka); jest to oznaka prawidłowej pracy pod siodłem lub w zaprzęgu. Spadające z pyska płaty piany źle świadczą o jeźdźcu, zaś piana na ciele może oznaczać duże, czasem nawet skrajne zmęczenie. Pot konia zawiera dużo białek, z których część działa jak detergenty, pomagając rozprowadzać pot po całej powierzchni sierści, w ten sposób wspomagając chłodzenie.
  3. Ochwat – zapalenie miękkich części kopyta, prowadzące czasem do przebicia puszki kopytowej przez kości palca kończyny.
  4. Według innych wersji piąte, szóste lub nawet ósme.

Bibliografia

Źródła i opracowania

  1. Baranowski B., W kręgu upiorów i wilkołaków, Łódź 1981
  2. Kühnau R., Schlesische Sagen, Bd. III, Zauber-, Wunder- und Schatzsagen, Leipzig 1913
  3. Podgórscy A. i B., Wielka księga demonów polskich, Katowice 2005

Czasopisma

  1. Lompa J., Schlesien in Slavisch-mythologischer Hinsicht, w: Schlesische Provinzialblättern, Neue Folge, Bd. I, Glogau 1862
Stronę zaprojektował Jerzy Komar