Kanał RSS


Katarzyna Komar 29-12-2018

Bliskie spotkania - cz. V

Znów będzie o kotach. Tak, wiem, co sobie pomyślicie, drodzy Czytelnicy – że co ja się tych biednych kotów tak czepiam, poświęcając im aż dwa odcinki cyklu Bliskie spotkania. Pewnie ich nienawidzę. Nie, absolutnie nie. Jak dla mnie, wszystkie zwierzęta nasze są, parafrazując Majkę Jeżowską. Nigdy żadnemu nie zrobiłam krzywdy i pewnie nie zrobię, ale chodzi mi o, jak to ma za zadanie strona Na Szagę, pokazanie trochę innego punktu widzenia. I zastanowienie się, co można zrobić, żeby było lepiej. Bo problem niestety jest znacznie, znacznie poważniejszy niż to, co napisałam w poprzednim tekście.

Obcy w domu

Ten kot nie wygląda na okaz zdrowia
Fot. Jerzy Komar
Jak już wspominałam ostatnio, kot domowy (Felis catus lub Felis domesticus), wbrew przekonaniu wielu kociarzy, zwierzęciem dzikim nie jest. To udomowiony jakieś dziewięć tysięcy lat temu gdzieś na Bliskim Wschodzie (na obszarze tzw. Złotego Rogu) krewny kota nubijskiego, zawleczony potem do Europy. Jest to gatunek inwazyjny.
Uważa się, że kot nie został udomowiony, ale udomowił się sam – po prostu dzikie koty afrykańskie trzymały się w pobliżu ludzkich siedzib, ponieważ zapewniało im to łatwą i obfitą zdobycz, zwłaszcza od chwili, gdy ludzkość zaczęła wytwarzać i magazynować żywność. Ekspansja kotów na lądy Nowego Świata nastąpiła dzięki marynarzom, którzy zabierali ze sobą koty na okręty, by zwalczały szczury i myszy. Szacuje się, że obecnie na świecie żyje 400 milionów kotów. To znacznie więcej, niż liczy jakikolwiek gatunek drapieżników.

Rzeź niewiniątek

Nietrudno chyba zgadnąć, jak kot oddziałuje na wrażliwe ekosystemy lądów, na których wcześniej drapieżników naturalnych nie było. Dla wielu gatunków drobnych zwierząt, zarówno ptaków jak i ssaków, pojawienie się w ich środowisku kotów skończyło się katastrofą. Szczególnie wymownym przykładem jest chyba historia łazików południowych (Traversia lyalli), gatunku endemicznego Stephens Island w Nowej Zelandii. Zostały one doszczętnie wytępione na przełomie XIX i XX wieku przez zawleczone na wyspę koty. Legenda mówi wprawdzie o tym, że wszystkie ptaki zabił jeden kot, należący do latarnika niejaki Tibbles, ale nie jest to prawda. Kotów było więcej.
Samiec szczygła (Carduelis carduelis)
Fot. Jerzy Komar
Faktem jest jednak, że to koty zniszczyły ten gatunek ptaków. Są one zresztą bezpośrednio odpowiedzialne za zniknięcie ponad 30 gatunków ptaków, a zagrażają przeszło 170 innym gatunkom kręgowców.

Naturalne?

W przyrodzie przecież występuje wiele gatunków drapieżników, jedne zwierzęta zjadają drugie. Na drobne ssaki, płazy, gady i ptaki czyha wiele zagrożeń. Dlaczego zatem z kotami ma być taki problem? Ano chociażby dlatego, że liczebność kota nie zależy od dostępności pożywienia. W naturze liczba drapieżników zależy od liczebności gatunków, stanowiących ich zdobycz. Poza tym koty są dokarmiane przez człowieka, i to zarówno domowe, jak i bezpańskie. Do tego dochodzi opieka weterynaryjna, czyli utrzymywanie drapieżców w pełni sił i zdrowia. To się w naturalnych warunkach nie zdarza; drapieżnik boryka się z wieloma problemami i w związku z tym jest mniej skuteczny.
Dodatkowo kot jest drapieżcą tego rodzaju, że poluje nawet wówczas, gdy w domu czeka na niego pełna miska. W odróżnieniu od dużych kotowatych, które chwytają jedną dużą ofiarę raz na jakiś czas, kot domowy poluje kilka razy dziennie, więc liczba jego ofiar potrafi być olbrzymia.
Trudno jest dokładnie ocenić destrukcyjny wpływ kotów na środowisko. Szacuje się, że w Stanach Zjednoczonych 96 milionów kotów zabija rocznie od 2,4 nawet do 3,7 miliarda ptaków i od 6,9 nawet do 20 miliardów(!!!) drobnych ssaków. To są potworne liczby. Należy jeszcze pamiętać o tym, że liczba kocich ofiar jest mocno zaniżona, ponieważ, jak się szacuje, tylko 23% kotów chwali się zdobyczą… Zjawisko wygląda jeszcze bardziej makabrycznie, jeśli weźmie się pod uwagę, że tylko niecałe 30% ofiar koty zjadają, a blisko połowa jest po prostu porzucana. Upolowane przez koty zwierzęta, przynoszone właścicielom, często są nadal żywe, ale blisko 80% z nich nie udaje się uratować, mimo specjalistycznej pomocy weterynaryjnej. Cóż mogę powiedzieć – po nas choćby potop...

Tylko bat?

Kotka na łowach
Fot. Jerzy Komar
W Australii od jakiegoś już czasu funkcjonuje w niektórych miejscach zakaz trzymania kotów w sąsiedztwie parków narodowych, jednak jest on kłopotliwy w egzekwowaniu. Natomiast Nowa Zelandia kociej plagi postanowiła pozbyć się w sposób o wiele bardziej radykalny: po prostu władze chcą zakazać posiadania kotów w ogóle. Nie stanie się to oczywiście z dnia na dzień. Pionierem tych działań jest gmina Omaui, w której wszystkie koty mają być wysterylizowane, zaczipowane i zarejestrowane, a po ich śmierci właściciel nie będzie mógł nabyć czy przygarnąć nowego kota. Plan ochrony naturalnych, unikatowych ekosystemów Nowej Zelandii zakłada ponadto wyeliminowanie także innych zawleczonych gatunków, szczurów, myszy i innych. Do 2050 roku ma ich już nie być. No cóż, fajnie by było.

Hekatomba

W Polsce oczywiście problem jest również ogromny, zwłaszcza, że ludzie bardzo niechętnie podejmują jakiekolwiek działania zmniejszające ich presję na środowisko. Jeśli chodzi o nasze gospodarstwo, kotom wypowiedzieliśmy wojnę. Dość miałam tego, że nie sposób było wyjść z domu, żeby nie natknąć się na kocie odchody albo szczątki upolowanych zwierząt – zwłaszcza, że stosunkowo niewiele było wśród nich gryzoni, za to sporo małych chronionych ssaków owadożernych, jak ryjówki czy zębiełki, płazy i gady – ropuchy i jaszczurki, a najwięcej, bo nawet kilkanaście tygodniowo, ptaków – sikor, wróbli, mazurków, kopciuszków, nawet dzięciołów, w tym bardzo rzadkich dzięciołów zielonych (znalazłam dwa zagryzione i poza tym nienaruszone), kosów, szpaków i innych. Zaczęło mi się kończyć miejsce do ich zakopywania. Zresztą nie po to wieszam budki lęgowe dla różnych gatunków ptaków, żeby miały być narażone na kocie ataki.

Miarka się przebrała

Denerwowało mnie jeszcze co innego: wiecznie zabrudzone siano w stodole. Świeżo zebranego siana nie sposób przykrywać plandekami, bo oprócz tego, że może się zaparzyć i stanie się bezwartościowe lub szkodliwe dla koni, zwyczajnie może dojść do jego samozapłonu. Miejsce składowania siana czy świeżej słomy należy często wietrzyć i unikać zawilgocenia zbiorów. Jak to zrobić, kiedy nie można na moment spuścić z oka wejść do budynku, bo natychmiast z okazji korzystają wałęsające się cudze koty? Nasza stodoła, w której zakamarkach gnieździ się
Uduszona samica kosa (Turdus merula)
Fot. Jerzy Komar
wiele ptasich par, jest bardzo atrakcyjnym dla nich terenem łowieckim. Jak sobie poradzić? Odławianie kotów za pomocą żywołapek nie ma sensu, bo co potem z nimi zrobić? Schronisko nie przyjmie, wywieźć gdzieś w świat, żeby ktoś inny miał problem, to też nie jest wyjście. Pozostawało uniemożliwić im pałętanie się po budynkach, co zresztą uczyniliśmy.
Grasowanie kotów w stodole, gdzie przechowuje się paszę dla koni, ma oczywiście jeszcze dalej idące skutki. Koń jest jednym z gatunków wrażliwych na toksoplazmozę; problem jest jeszcze większy, gdy w stajni rodzą się źrebięta. Do zarażenia dochodzi przez pobieranie zanieczyszczonej paszy – cóż za niespodzianka! - zwłaszcza siana. Ktoś może powiedzieć, że przecież koty w stajniach czy stodołach są potrzebne, przecież tam jest mnóstwo myszy. Ale prawdą jest, że w takiej sytuacji lepiej sprawdzi się pies – pinczer czy jakiś terier (yorkshire, jack russel). Skuteczniej poluje na gryzonie i stanowi mniejsze zagrożenie epidemiologiczne. No i nie jest tak groźny dla ptaków. We wczesnośredniowiecznych europejskich domostwach populację gryzoni regulowały łasice, a u Słowian także węże. Funkcję tę pełnią z powodzeniem także coraz popularniejsze jeże.

Kontrola umysłu

Toxoplasma gondii jest niebezpieczna nie tylko dla koni. Nie jest co prawda śmiertelnie groźna; szacuje się, że od 30 do 50% populacji ludzkiej jest zarażonych tym pierwotniakiem. Nie jest też prawdą, że najłatwiej złapać ją od kota (łatwiej przez kontakt z mięsem chorego zwierzęcia – świni czy konia), ale akurat w naszym przypadku jest to jedyna możliwość zarażenia się. Jak wiadomo, toksoplazmoza powoduje zmiany w mózgu – odpowiada za wiele przypadków schizofrenii, choroby afektywnej dwubiegunowej, zespołu lęku uogólnionego czy depresji. Uważa się też, że obecność tego pierwotniaka w mózgu powoduje także podejmowanie ryzykownych czy agresywnych zachowań, nawet prowadzących do samobójstw. Jak zatem widać, jest się czego obawiać. A to jeszcze nie koniec niespodzianek, jakie może nam zafundować kontakt z wałęsającym się swobodnie kotem. Lista zoonoz jest dość długa i obejmuje choroby skórne, takie jak świerzb czy przeróżne grzybice (przed nimi akurat nie jest trudno się ustrzec), choroby wirusowe – śmiertelnie groźna wścieklizna, bakteryjne – choroba kociego pazura, jak i całe mnóstwo chorób pasożytniczych: toksokaroza, którą leczy się długo i uciążliwie, pierwotniacza giardioza, która u dzieci może prowadzić do niedożywienia i upośledzenia rozwoju, czy bardzo niebezpieczna bąblowica. Profilaktyka tych chorób dla właścicieli kotów obejmuje, a jakże, uniemożliwienie pupilowi wychodzenia bez nadzoru.
Martwy dzięcioł duży
Fot. Jerzy Komar

Co można zrobić?

Aby ułatwić życie dzikim zwierzętom i niebędącym fanami kotów ludziom, jeśli już zdecydujemy się na posiadanie kota, należy go koniecznie wysterylizować. A jeżeli pozwalamy mu wychodzić na dwór, najlepiej by było, żeby był pod stałym nadzorem – np. na smyczy. Jeszcze lepiej byłoby nie wypuszczać go w ogóle, ale obawiam się, że bez regulacji prawnych nie uda się do tego kociarzy przekonać. Żeby w tej sytuacji ograniczyć kocią presję na ekosystem, można kotów nie wypuszczać w określonych porach roku i doby – koty łowią znacząco więcej zwierząt, kiedy jest ciepło, a także nocami. Wiosną i latem dzikie zwierzęta wychowują młode, które są szczególnie narażone na kocie ataki i nie są w stanie ratować się ucieczką czy bronić. Liczbę ofiar zmniejsza w niewielkim stopniu (o około 30%) założenie wychodzącemu kotu obroży z dzwoneczkiem; większą skuteczność (do 80% mniej upolowanych ptaków) mają specjalne kołnierze czy kryzy. Naprawdę, tylko tyle potrzeba, żeby ocalić dziesiątki miliardów dzikich zwierząt rocznie, skoro już musimy(?) zabijać na pożywienie dla nas blisko 60 miliardów hodowlanych...

Wszystkie części serii Bliskie spotkania:

Bliskie spotkania - cz. I
Bliskie spotkania - cz. II
Bliskie spotkania - cz. III
Bliskie spotkania - cz. IV
Bliskie spotkania - cz. V

Bibliografia

Źródła i opracowania

  1. Dietz O., Huskamp B., Praktyka kliniczna: konie, Łódź 2011
  2. UP Wrocław, Parazytologia - wykłady, Wrocław 2007

Zasoby internetowe

  1. www.polityka.pl, 30.08.2018: Nowa Zelandia chce zakazać kotów
  2. www.sciencealert.com, 28.11.2016: We Finally Know How The 'Mind-Altering' Cat Parasite Controls Our Immune Response
  3. www.sciencedaily.com, 06.12.2012: How common 'cat parasite' gets into human brain and influences human behavior
  4. www.theguardian.com, 30.08.2016: Paw outcome? New Zealand council proposes banning all cats
  5. www.wyborcza.pl, 29.07.2015: Koty, czyli krajobraz strachu
Stronę zaprojektował Jerzy Komar