Kanał RSS


Katarzyna Komar 28-12-2018

Bliskie spotkania - cz. IV

Tym razem w Bliskich spotkaniach będzie mniej sympatycznie. Zajmę się bowiem zwierzakami, które w dość uciążliwy sposób utrudniają nam egzystencję. Mowa wcale nie o myszach, które potrafią być dokuczliwe, ale… o kotach.
Na łowach
Fot. Jerzy Komar

Urocze kiciusie

Kiedy wprowadziliśmy się przeszło 3 lata temu do gospodarstwa, dom, który był w stanie surowym częściowo otwartym, odwiedzany był gromadnie przez przeróżne zwierzęta. Najwięcej było myszy, ale pojawiały się też ptaki, nietoperze, chrząszcze kilku gatunków, no i niestety koty. Dlaczego niestety? Ano dlatego, że trudno było zostawić bodaj na parę minut otwarte drzwi czy okna, szczególnie wieczorami, żeby jakiś kot nie próbował się dostać do środka. Niektóre były na tyle bezczelne, że siadywały pod drzwiami miaucząc wniebogłosy, a kiedy tylko uchyliliśmy drzwi (żeby przegonić natręta), bezceremonialnie przepychały się obok nas i pędziły do sypialni, gdzie lokowały się na pościeli i ani myślały się stamtąd ruszyć; niektóre nawet zachowywały się agresywnie. Już nie mówię nawet o tym, że wokół domu unosił się miesiącami koci odór – mieliśmy oznakowane przez kocury drzwi wejściowe, czasem ramy okienne. Z parapetów regularnie zmywaliśmy plamy z treści kociego żołądka, a przystrzyżone trawniki bywały gęsto zaminowane.

Si vis pacem, para bellum

Kilka miesięcy konsekwentnego przeganiania zwierzaków poza granice obejścia zrobiło swoje; udało nam się uniknąć ulokowania się kotnych samic w naszych budynkach (okociły się u sąsiadów lub na balotach słomy zmagazynowanych na polu nieopodal). Jednak problem powracał z każdym pokoleniem, czyli mniej więcej dwa razy
Jesienna sielanka
Fot. Jerzy Komar
do roku. Największy kłopot sprawiło nam zabezpieczenie przed kocimi odwiedzinami stodoły, ponieważ ilekroć dostał się tam jakiś kot, brudził siano i słomę. Nie było miło sięgać w półmroku po kostkę siana i natrafić gołą ręką na pozostawioną przez kiciusia niespodziankę.
Początkowo próbowałam wypracować jakiś modus vivendi, ale okazało się to niemożliwe. W uczęszczanych przez koty miejscach w stodole postawiłam kuwety ze żwirkiem, zostawiałam pojemniki z wodą do picia. Sugerując się radami kociarzy, że kot nie brudzi w miejscu, w którym się pożywia, zostawiałam nawet przez jakiś czas jedzenie. Zgadnijcie, Czytelnicy, jaki rezultat dały moje wysiłki… Efekt był taki, że pewnego listopadowego dnia zgromadziliśmy materiały do uszczelnienia wszelkich szpar w drzwiach, dachach, otworów wentylacyjnych w murach i w ciągu kilku godzin zabiliśmy stodołę na głucho. Naprawdę, miarka się przebrała. Szkoda nam było tylko, że wyrugowaliśmy w ten sposób kunę. Mieszkała u nas w stodole przez parę lat. Tępiła myszy, a jedynym śladem jej obecności było wygrzebane w sianie legowisko i puste skorupki jaj, które sobie skądś znosiła. Ale przeniosła się do sąsiedniego opuszczonego gospodarstwa i czasami nas odwiedza.

Nieczysta sprawa

W poszukiwaniu rad, jak opanować kocią plagę, odwiedzałam wiele for internetowych, na których dyskutują kociarze. Skutecznych porad nie znalazłam tam żadnych, natomiast dowiedziałam się, że koty absolutnie nie niszczą sadzonek w ogrodzie (z tym akurat umiem sobie poradzić – wystarczą tarninowe gałęzie w międzyrzędziach), nie brudzą trawników ani tarasów. Absolutnie nie są to koty, to na pewno lisy albo kuny. No cóż. Lisie czy kunie odchody bardzo łatwo jest od kocich odróżnić. Z naszych obserwacji wynika, że kuna jest bardzo czystym zwierzęciem i ślady jej obecności w naszym gospodarstwie mniej wprawnemu oku mogłyby zwyczajnie umknąć. No i przekonaliśmy się niejednokrotnie niestety, że wbrew obiegowym opiniom koty nie zakopują swoich odchodów. Problem nie dotyczy tylko twardych czy trawiastych powierzchni. Niespodzianki znajdowałam nawet na świeżo wyplewionych grządkach; ani trochę nie były przysypane ziemią. Dość łatwo było natomiast odstraszyć koty od brudzenia samochodu – faktycznie wystarczy dezodorant o dokuczliwym zapachu. Dopóki nie spryskaliśmy nim pewnych części auta, nieraz musieliśmy czyścić nawiewy…

Gadał dziad do obrazu...

Fan motoryzacji
Fot. Jerzy Komar
Wielu właścicieli kotów nie rozumie, czemu ludzie postronni (zwłaszcza sąsiedzi...) nie podzielają ich entuzjazmu, jeśli chodzi o ich pupili. Miałam okazję nieraz rozmawiać z kociarzami i za każdym razem próby przedstawienia mojego punktu widzenia rozbijały się o kompletny beton. Kociarze nie mogą zrozumieć, czemu komuś przeszkadza, że ich kot brudzi czy rysuje czyjś nowy samochód, wykopuje z grządek sadzonki wychuchanych kwiatów, zanieczyszcza piaskownicę, w której bawią się dzieci. Pada „żelazny” argument, że kot to dzikie zwierzę (niestety – guzik prawda), że chodzi własnymi drogami, nie da się go wychować, że to jego natura. Takie podejście właścicieli kotów stoi w jaskrawej sprzeczności z treścią artykułu 431 kodeksu cywilnego, który mówi o obowiązku naprawienia szkody wyrządzonej przez zwierzę, przy czym nie ma praktycznie różnicy, czy było w danym momencie pod nadzorem, czy też nie. Już nie mówiąc o tym, że tak postępujący miłośnik kotów działa z naruszeniem zasad współżycia społecznego i zwyczajnie dobrego wychowania.

A można inaczej...

My jako właściciele koni, kiedy poruszamy się z naszymi podopiecznymi w terenie, zachowujemy się zgodnie z zasadami etyki jeździeckiej, prawa o ruchu drogowym i innymi zasadami – na przykład sprzątamy po naszych zwierzakach (a jak wiadomo, po koniu jest co sprzątać…), i to nie tylko na drogach utwardzonych – na polnych też. W ciągu trzech lat mieszkania na wsi zdarzyło się parę razy, że nasze konie weszły w szkodę (spłoszyły się podczas przejażdżki i uskoczyły na pole bądź uciekły z padoku) – udaliśmy się z przeprosinami do właściciela gruntu i z propozycją naprawienia szkody, finansową bądź jakąś inną. Jak dotąd spotkaliśmy się z reakcjami typu: „eee tam!” i machnięciem ręką, ale sądzimy, że liczy się gest z naszej strony. Chyba przy wzajemnym szacunku i porozumieniu łatwiej i przyjemniej jest żyć...
Stronę zaprojektował Jerzy Komar