W tym tygodniu zrobiłam 3 samotne wycieczki. Chodzenie po górach w towarzystwie jest świetne, ale i wędrówki jednoosobowe mają wiele zalet. Idzie się w swoim tempie, można pomilczeć, posłuchać ciszy, przewietrzyć dobrze głowę, skupić tylko na trasie.

Moja pierwsza wycieczka wypadła w środę – mieszkamy w Zakopanem w miarę blisko Doliny Białego, więc poszłam do niej, korzystając z jedynego dnia słońca i wspaniałych widoków. Podeszłam do Ścieżki Nad Reglami i skręciłam w stronę Kalatówek, a z Kalatówek zeszłam do Kuźnic i przeszłam przez Zakopane do domu. Po spokoju i ciszy, panujących na Ścieżce Nad Reglami (spotkałam 3 osoby, w tym panią w kozakach typu Moon Boots i w pikowanym płaszczu, zjeżdżającą w pląsach), zejście do Kuźnic było szokiem sensorycznym – tłumy, muzyka, smród spalin. Ble.

Wczoraj postanowiłam zobaczyć (pierwszy raz w życiu) Czarny Staw Gąsienicowy. Ruszyłam znowu z Kuźnic, żółtym szlakiem do Przełęczy Między Kopami. Nie spotkałam po drodze nikogo, tylko, opuściwszy Dolinę Jaworzynki, podchodziłam coraz wyżej i wyżej w gęstniejącej mgle. Tym większym zaskoczeniem był dla mnie widok, który zobaczyłam na przełęczy – co najmniej 30 żołnierzy z plecakami i nartami! Nigdy nie szłam żółtym szlakiem, raz schodziłam i zbiegałam z Murowańca niebieskim, ale żółty polecam gorąco. Zwłaszcza w dni, w które widać coś więcej niż najbliższe drzewo albo skałę i wydeptaną ścieżkę w śniegu.

Z Przełęczy poszłam do Murowańca, żeby rozgrzać się herbatą i zjeść swoją kanapkę. W schronisku trwała akurat odprawa grupy wybierającej się (jak mniemam) na kurs lawinowy, pani, przyjmująca zamówienia, zamiast herbaty, o którą prosiłam, zaczęła lać dla mnie piwo z kija i w ogóle było bardzo wesoło. Po herbacie (jednak!) i kanapce poszłam nad Czarny Staw Gąsienicowy, ale weszłam w takie mleko, że obecności Stawu domyśliłam się tylko po widoku tabliczki pokazującej czarny szlak na Karb i niebieski – na Zawrat. Nowienc obróciłam się na pięcie i marszotruchtem przemieściłam się z powrotem w stronę Murowańca, a następnie – czarnym szlakiem, czyli tzw. drogą transportową – do szosy w stronę Zakopanego. Tam przebrałam się w suchą bluzę i ocieplaną kurtkę i poczekałam na transport powrotny. Po 15 minutach stania zaczęłam szczękać zębami i czule myśleć o suchej czapce, rękawiczkach, buffie oraz gorącej herbacie z sokiem.

Na dzisiaj zaplanowałam sobie start z Kuźnic, przejście niebieskim szlakiem do Hali Kondratowej, a następnie wejście na Kondracką Przełęcz, zejście żółtym szlakiem do Doliny Małej Łąki i powrót Drogą Pod Reglami. Plan zakładał, że odstawiam Ironmana do busika, odjeżdżającego z okolic Drogi do Olczy i ruszam od razu na wycieczkę, żeby zdążyć odebrać wyjeżdżone dziecię.

Hyhy, żetakpowiem.

Nie wdając się w szczegóły mojej rodzicielskiej niekompetencji (przekupstwo, parę wrzasków, itd.), napiszę tylko, że, kiedy Ironman wreszcie raczył wyjść z łóżka, mieliśmy równo 16 minut do momentu, w którym absolutnie musieliśmy wyjść z domu. W te 16 minut trzeba było zmieścić śniadanie, toaletę, ubranie (łącznie z butami narciarskimi) i mycie zębów. Zdążyliśmy, ale ja byłam bez śniadania (nie licząc 3 czy 4 łyżek jaglanko-owsianki, zjedzonych w tzw. przelocie, oraz lurowatej kawy), niespakowana na wycieczkę, ubrana w to, co w pośpiechu na siebie wrzuciłam. Zatem wróciłam do domu, zjadłam porządne śniadanie, kanapkę i picie na trasę, spakowałam dodatkowe ciuchy, ubrałam się, ogarnęłam pierdzielnik w mieszkaniu i nagle zrobiła się… 11. Podjęłam decyzję o zmianie trasy – skorzystałam z transportu w stronę Doliny Małej Łąki i ruszyłam żółtym szlakiem do Wielkiej Polany. Tam rzuciłam okiem na zegarek i stwierdziłam, że spróbuję jednak podejść pod Kondracką Przełęcz. I całe szczęście, że podchodziłam, a nie schodziłam, jak to wczoraj zaplanowałam, bo mogłabym wybić sobie zęby na skałach i kosodrzewinie, zjeżdżając na nich w dół.

Na początku było takie-tam-sobie nieskomplikowane podejście, które po kilometrze zaczęło robić się coraz bardziej strome. Aż w końcu zrobiło się tak strome, że na ostatnim kilometrze miałam do pokonania ponad 300-metrowe przewyższenie. Dodawszy brak widocznych oznaczeń i mgłę, zrobiło się naprawdę ciekawie. Postanowiłam trzymać się wydeptanych śladów (dzięki temu śniegu do butów nabrałam dopiero na zejściu) i mieć nadzieję, że kiedyś gdzieś w ten sposób wejdę. I weszłam – trochę obok oficjalnego żółtego szlaku, mniej niż 100 m poniżej szczytu Giewontu, w stronę którego podeszłam jeszcze kawałek, zanim zorientowałam się, że powinnam zawrócić. Trzeba jednak przyznać, że Tatry przygotowały dla mnie wspaniałą nagrodę: nagle zza mgły zaczęło przeświecać słońce i wszystko dookoła skąpało się w srebrnym świetle, a nad Giewontem pojawiło się błękitne niebo. Gdyby nie to, że musiałam już naprawdę się streszczać do Kuźnic, żeby odebrać Ironmana z busiku narciarskiego, mogłabym tam stać, stać i stać. Jedząc kanapkę, na którą miałam już wielką ochotę, bo po dużym, późnym śniadaniu zostało tylko wspomnienie.

Doszłam do właściwej Przełęczy i zaczęłam schodzić niebieskim szlakiem. I tak się jakoś złożyło, że do pierwszego wypłaszczenia dotarłam w tempie ekspresowym, głównie zjeżdżając na piętach, robiąc w duchu „iiiiiiiijaaaaaa”, i nabierając tony śniegu do moich trailówek. Zabawa na 102! Na pierwszym wypłaszczeniu zaczęłam truchtać, truchtem minęłam schronisko na Hali Kondratowej, żegnając się z żalem z okazją do wypicia herbaty z sokiem i zjedzenia kanapki, i, przy akompaniamencie burczącego z głodu brzucha, potruchtałam dalej. A potem zaczął się lód, więc szłam wzdłuż trasy, aż doszłam poniżej Polany Kalatówki. Marszotruchtem, mijając najbardziej oblodzone kawałki, wreszcie dotarłam do okropnych Kuźnic, spojrzałam na zegarek i pańskim gestem szastnęłam się na taksówkę do Ironmana. Dotarłam z zaledwie 4-minutowym opóźnieniem. Bhawo ja!

Do siebie doszłam po obiedzie, dużej ilości picia, kanapkach (między innymi tej, o której tak marzyłam, niosąc ją w plecaku), owocach i espresso. Dzisiejsza wycieczka była naprawdę fantastycznym pożegnaniem z Tatrami. Będę tęsknić!