Kanał RSS


Katarzyna Komar 31-12-2019

Tajemniczy ogień

Pozostając jeszcze ciągle w bajkowych klimatach, chciałam poruszyć jeszcze jeden temat z moich ulubionych baśni – tajemniczy ognik, który wskazuje miejsce, gdzie w ziemi zakopany jest skarb. Zacznę od mało znanej wersji polskiej baśni o kwiecie paproci.

Zaklęty las

Tajemniczy płomyk
Fot. Jerzy Komar
Bohaterem baśni jest młody wiejski chłopak imieniem Dzięcioł, leniwy, nierobotny, który szuka okazji, jak by się tu wzbogacić bez pracy. Pewnego razu, wracając późną porą z jarmarku, zabłądził w lesie, o którym mówiono, że rządzą w nim tajemnicze moce. Przerażony chłopak błąkał się długo w gąszczach, aż wreszcie, ku swej uldze, ujrzał z daleka światełko. Uradowany pospieszył w jego stronę, sądząc, że trafił na ludzką siedzibę, ale kiedy zbliżył się do ognia, przeląkł się jeszcze bardziej:
To był dziwny, bladawy płomień, dołem niebieski i górą czerwony. Palił się w kotlince, biegł chwilami po ziemi i chwiał się przy tym. Nie zapalały się od niego suche gałęzie ani mech, ani nic; płomyk palił się cicho, jakby wychodził spod ziemi i świecił jakoś złowrogo.
Dzięcioł uciekł w panice i udało mu się jakoś trafić do rodzinnej wioski. Nazajutrz, gdy opowiedział sąsiadom swą przygodę, pewna stara kobieta, która uchodziła za czarownicę, powiedziała mu, że nie powinien był uciekać, ale szukać skarbu w miejscu, gdzie płomyk się palił. Wiele przygód jeszcze miał chłopak, zanim powrócił do zaklętego lasu, by wykopać złoto.

Ignis fatuus - „głupi ogień”

No cóż – takie zjawisko w zabagnionym, podmokłym lesie, to nie jest nic niezwykłego – dziwny, chwiejny płomyk, od którego nic się nie zapala. W ludowych podaniach wiele uwagi poświęca się tajemniczym ogniom, palącym się na
Ognisko
Fot. Jerzy Komar
pustkowiach. Często uważa się je za dusze pokutujące – nierzadko nieuczciwych geometrów, którzy źle wymierzali chłopskie grunty, nieznacznie odcinając ich fragmenty na korzyść feudalnego pana lub bogatych sąsiadów. Taki motyw pojawia się m. in. w fascynującej baśni A. Dygasińskiego Syn boginki.
Zarówno na Śląsku, jak i w innych rejonach Polski ludzie widywali tajemnicze ogniki, które przybierały postać to ledwo się jarzących płomyków, to znów płonących całych snopów. Podgórscy uważają, że to zjawisko ma raczej związek z obecnością robaczków świętojańskich (w Polsce występują ich trzy gatunki) lub świecącego próchna, niż samozapłonu gazów bagiennych. Ale robaczki dają zielonkawą poświatę, próchno daje zimną, fioletową. Robaczki świecą dzięki obecności pigmentu z grupy lucyferyn. Próchno zaś samo w sobie nie świeci - za efekt świecenia martwych resztek drzewnych odpowiadają grzyby i bakterie; w naszych lasach świecą ryzomorfy m. in. opieńki miodowej (Armillaria mellea) i boczniaków (Pleurotus ostreatus). Dają poświatę na tyle mocną, że używano ich ongiś jako źródeł bezpiecznego światła np. w prochowniach.
Wracając jednak do ludowych wyobrażeń - pokutującymi duszami zajmę się może innym razem, a teraz chciałabym się przyjrzeć bliżej płomykom towarzyszącym ukrytym skarbom.

Czasami płomyk okaże się blady...1

W baśni o kwiecie paproci zaciekawił mnie specyficzny wygląd płomienia – dołem niebieski, górą czerwony. Z identycznym opisem płomyka towarzyszącego ukrytym skarbom spotkałam się w śląskim podaniu pochodzącym z północnych Czech:
Wypróchniały wiąz
Fot. Jerzy Komar
Do jednego cieśli w pewnej wiosce w północnych Czechach przyszedł któregoś razu mały człowieczek, i powiedział: „Mogę zostać wyzwolony”. Cieśla zgodził się i poszedł za człowieczkiem; błędny ognik wskazywał im drogę. Podczas wędrówki człowieczek spoważniał i rzekł do cieśli: „Ukażą ci się trzy szkaradne zwierzęta i będziesz musiał ich dotknąć; nie wolno ci wydać żadnego dźwięku i nie wolno ci się bać”. Rzemieślnik przyrzekł zrobić, jak kazano. Człowieczek rozchmurzył się i był wesoły jak przedtem. Dotarli w końcu do kamiennego muru w jakiejś dzikiej i odludnej okolicy. Błędny ognik zatrzymał się przy ścianie, ale rozbłysnął nad murem błękitnym i czerwonym płomieniem. Cieśla wiedział, że tam jest skarb, i żądza złota tak w nim rozgorzała, że wszelki strach zniknął. Płomień skarbu pokrzepił jego serce. Wówczas zbliżył się do niego ogromny czarny pudel z ognistym jęzorem i płonącymi ślepiami! Biedny cieśla zebrał całą odwagę i mężnie ruszył naprzód, odepchnął zjawę na bok, tak, że pies zniknął, ale zrobił miejsce szkaradnemu kozłowi. Tego również cieśla odsunął, tak, że mecząc wniebogłosy także i on zniknął. Na jego miejsce przyszedł szkaradny siwek. Jego ślepia świeciły się jak ogniste koła, a z pyska i nozdrzy buchały mu płomienie. Bił niebezpiecznie kopytami na wszystkie strony. I tego piekielnego rumaka cieśla miał dotknąć! Ale skarb w murze rozbłyskiwał coraz wyższym i wyższym płomieniem. To dodało mu odwagi. Mocnym szarpnięciem pociągnął wściekłego wierzchowca, który właśnie się zbliżył, w bok, a kiedy spojrzał na swoje dłonie, zobaczył, że ma w nich ciernie, a z ran cieknie krew. Ale koń zniknął. Rozległ się huk i łoskot gromów, błyskawice za błyskawicami biły w ziemię, tak, że cieśla padł ogłuszony na ziemię. „Dość! Dość!”, usłyszał głos, a był on srebrzysty, czysty i radosny, a potem: „Bóg ci zapłać, Bóg ci zapłać! Jestem wyzwolony!” Błyskawice ustały, a gromy ucichły. Cieśla ujrzał we wzrastającym świetle poranka skarb, który uczynił go bogatym człowiekiem.
Jest to jedyny opis czerwono-niebieskiego płomienia, wskazującego drogę do skarbów, na jaki natrafiłam. W moich archiwach podań śląskich znalazłam poza tym tylko niebieskie i fioletowe płomyki. Na przykład w Kromołowie, w powiecie prudnickim, skarb palił się na polu błękitnym płomieniem. Pewien biedak zapragnął go wykopać, ale na
Moczary
Fot. Jerzy Komar
drodze stanął mu straszliwy diabeł o łbie byka i końskim kopycie zamiast nogi. Zmusił chłopa do podpisania cyrografu i dał mu co prawda mnóstwo pieniędzy, tak, że ów nie zaznał już więcej biedy, ale w zamian za to zaczął go nękać nieustający strach. Lęk stał się wreszcie nie do zniesienia i chłop powiesił się w lesie. Zaś w Piechowicach, w okolicach Jeleniej Góry, rósł poza wsią olbrzymi buk. Ponoć od gospody „Pod Złotą Gwiazdą” było do drzewa ledwie dwanaście minut drogi. Niekiedy na drzewie miał się ukazywać potężny niebiesko-fioletowy płomień, przypominający płonący snop słomy, który palił się przez kilka chwil, a potem gasł. Podobno gasł także wówczas, gdy do drzewa zbliżył się ktoś, kto nie umiał dochować tajemnicy. Mieszkańcy Piechowic uważali, że płomyk wskazywał miejsce ukrycia skarbu gdzieś wśród korzeni buka. Czasami pod drzewem widywano też białą damę, której historia była związana ze skarbem, ale to już temat na inną opowieść.
Niedaleko Zgorzelca, kiedy się podróżuje w kierunku Węglińca przez Dłużynę Dolną, na północ od wsi, po prawej stronie od drogi widzi się porośnięte brzozami charakterystycznego kształtu wzgórze. Są ponoć na nim zakopane pieniądze, który palą się błękitnym płomieniem w niektóre noce, osobliwie przed świętym Janem, w Boże Narodzenie itp. Wzgórze uchodzi za nawiedzone, krąży o nim wiele opowieści. Skarbu strzeże kudłaty czarny pies, atakujący nielicznych wędrowców, którzy przechodzą tamtędy w północnej godzinie.
Tak wyglądają przykładowe, dość losowo wybrane podania śląskie o ukrytych skarbach. Jeśli chodzi o błękitne płomyki, palące się na mogiłach i pustkowiach, to przypomniał mi się humorystyczny wątek z książki z serii Pan Samochodzik - Skarb Atanaryka, kiedy to pewna samotna turystka zażartowała sobie z archeologów rozkopujących gockie cmentarzysko:
Cmentarzysko rozbłysło raptem niebieskawymi ognikami. Szczyt wzgórza, gdzie stał krąg magiczny, zapłonął malutkimi płomykami podobnymi do przezroczystych błędnych ogników na bagnach(…). Nie wierzyliśmy własnym oczom. Płonął kamienny krąg. Każdy z podługowatych kamieni stał się pochodnią. Wydawał się okryty niebieskawym ogniem.
Nie ma tu jednak żadnej tajemnicy – panienka po prostu oblała stele spirytusem i podpaliła…

Jan parobczak to był zuch, śmiał się z strachów i upiorów...2

Podmokły las lubuski
Fot. Jerzy Komar
Jeśli zaś chodzi o czerwone płomienie, towarzyszące ukrytym skarbom, to istnieje w polskiej literaturze baśń R. Zmorskiego zatytułowana – a jakże – Skarb ukryty. Pewien zły szlachcic, chciwy i niegodziwy, zgromadził olbrzymie bogactwa. Ukrył je, w tajemnicy nawet przed żoną, w lochach starego lamusa, ale tak przemyślnie, że po jego śmierci, choć przeszukiwano zwaliska niejednokrotnie, nikt na ślad skarbu nie trafił. Aż zgłosił się do wdowy jeden śmiały parobek, który fortelem zdobywszy zaufanie nieboszczyka-upiora, odnalazł zejście do tajnych piwnic:
(…) ogromny kamień leżący u wnijścia odwalił się na bok, odkrywając zbutwiałe schody piwnicy. Nieboszczyk przodem, parobek śmiały za nim, weszli do pustego sklepu, krwawym gorejącego światłem. Naokrąg ścian w kotłach, w garncach mnogich stały złote i srebrne pieniądze, czyszcząc się z grzechów swojego pana we krwawym płomieniu (…).
Śmiałemu bohaterowi tej baśni dopisało szczęście, może dlatego, że nie tylko swoje dobro, możliwość wzbogacenia się miał na względzie – część odnalezionych pieniędzy zatrzymał, część oddał wdowie, zaś resztę rozdał między pokrzywdzonych przez złego pana ubogich. Zaś bohaterowie niektórych śląskich podań (z wyjątkiem, jak widzieliśmy, cieśli, który również miał szlachetne pobudki), jak i Dzięcioł, zaprzedali dusze złemu, i mogli sobie tylko, jak leniwy chłopak, powiedzieć: Sprzedałem duszę, a gdzie moje złoto?

  1. A. Mickiewicz, To lubię, w: "Poezye", Wilno 1822
  2. Niewiarowski A.

Bibliografia

Źródła i opracowania

  1. Jodełka T. (opr), Baśnie polskie, Warszawa 1964
  2. Kühnau R., Schlesische Sagen, Leipzig 1910-1913
  3. Niklewiczowa M., Bajarka opowiada, Zrzeszenie Księgarstwa, 1983
  4. Podgórscy A. i B., Wielka księga demonów polskich, Katowice 2005

Czasopisma

  1. Bebłowska-Wrzosek M., Kłoszewska M., Zagadka świecących bakterii, w: Wiedza i życie, nr 3/1996
Stronę zaprojektował Jerzy Komar