Wolałabym nie pisać po tak długiej przerwie właśnie o tym, że powoli zbieram się po niemal niekończącym się paśmie choróbsk, zakończonym (spektakularnie i z fajerwerkami) zapaleniem zatok i oskrzeli oraz 10-dniową dawką antybiotyku. Noale.

Wszystkie moje wiosenne plany poszły w odstawkę – nie będzie walki o życiówkę w Półmaratonie Warszawskim, nie będzie maratonu w kwietniu, nie będzie żadnych kontrolnych dyszek. Biorąc pod uwagę swoje obecne samopoczucie i możliwości, mogę tylko zanosić prośby do wszelkich instancji niebieskich o możliwość porządnego przygotowania się do Cortina Trail i o dobre zdrowie. Co w sumie nie jest takie najgorsze.

W zasadzie już sama nie wiem, o co chodzi z moją odpornością. Rozmawiałam o tym z fajnym i rozsądnym lekarzem – on twierdzi, że rozłożyłam się w okresie, w którym w Warszawie chorowały tysiące ludzi, zimę mamy znowu do dupy (w Warszawie zaszczyciła nas na niecałe 3 tygodnie, a ja pierwszy raz zachorowałam po kilku dniach odwilży), a w dodatku mam dziecko w przedszkolu i regularnie trenuję. Tak, umiarkowana aktywność fizyczna jest bardzo zdrowa. Trudno jednak nazwać umiarkowaną aktywnością fizyczną treningi do maratonu: bieganie + siłę. To po prostu NIE jest zdrowe, wymaga dodatkowej troski o swój organizm, tzn. porządnej regeneracji, odżywiania, suplementacji i uważania na bakcyle. Choć staram się wysypiać, dbam o jedzenie i mam kosmiczną suplementację, niestety nie mogę uniknąć kontaktu z bakcylami. Że o zwykłym, codziennym stresie nie wspomnę. Poza tym ostatnie zapalenie zatok i oskrzeli sama sobie wybiegałam – zamiast wyleżeć i wyleczyć do końca zwykłą infekcje wirusową, oczywiście próbowałam trenować z doskoku, bo maraton w kwietniu. W swym wielkim geniuszu nie powiązałam nawet faktu „okurde, jak mi się beznadziejnie biega” z tym, że zwyczajnie mogę nie być jeszcze zdrowa. W domu miałam w tym czasie chorego Ironmana (tak się nawzajem pozarażaliśmy, że on zakończył chorowanie zapaleniem lewego płuca), no i , póki jeszcze w ogóle mogłam, wychodziłam na zakupy, załatwiałam różne sprawy i kręciłam się wśród kichających i prychających ludzi.

A potem wyszło jak wyszło. Nowienc konkluzja jest jedna: biegam dziewiąty czy dziesiąty rok, a i tak popełniam błędy jak początkująca.

Dwa dni temu skończyłam branie antybiotyku, od kilku dni czuję, że wreszcie zdrowieję. Nie mogę jeszcze biegać – zostałam skutecznie nastraszona powikłaniami w postaci zapalenia płuc oraz zapalenia mięśnia sercowego. Od środy jestem w Zakopanem (Ironman uczestniczy w tzw. przedszkolu narciarskim) i od piątku korzystam wreszcie z bliskości gór – chodzę na spacery. Wiem, że brzmi to dosyć zabawnie, ale na tyle mnie na razie stać i na tyle mam niechętne pozwolenie lekarskie. Zabieram swoje nowiutkie, piękne kije, picie i kanapki i idę raźnym marszem (chyba, że zjeżdżam po lodzie na tyłku).

Pierwszego dnia poszłam do Doliny Białego, przeszłam Ścieżką nad Reglami przez Czerwoną Przełęcz i zeszłam do Doliny Strążyskiej. Drugiego – Dolina Kościeliska od parkingu w Kirach do schroniska na Hali Ornak i z powrotem. Akurat trafiliśmy na cudowną pogodę – lekki mróz i słońce.

Trzeciego dnia, czyli dzisiaj, zrobiliśmy z mężem najfajniejszą wycieczkę tego wyjazdu. Strasznie chciałam przejść przez Przysłop Miętusi, ale na stronie TPN sprawdziłam, że czarny szlak od Doliny Kościeliskiej do Przysłopa jest zamknięty. Pomysł bis, czyli przejście z Chochołowskiej do Kościeliskiej przez Przełęcz Iwaniacką odpadł z tego samego powodu. Na mapie wypatrzyłam nieznany mi szlak – czerwony, z Polany Nędzówki przez Staników Żleb aż do Przysłopa. No i super.

Do Polany Nędzówki dojechaliśmy luksusowo i sprawnie taksówką. No i wio – czerwonym szlakiem do Drogi pod Reglami, kawałeczek w stronę Doliny Kościeliskiej i myk w lewo. Czekało nas 1600 m podejścia, na którym zrobiliśmy około 300 m w górę. Trzeba było uważać na lód – miejscami był już roztopiony na breję, ale czasem można było na nim nieźle fiknąć. Po podejściu – lekkie wypłaszczenie i zejście w dół do Przysłopa Miętusiego. Na Przysłopie tak wiało, że trudno było się utrzymać w pionie. Mieliśmy iść dalej czarnym szlakiem w stronę Doliny Małej Łąki, ale coś nam się pomyliło i skręciliśmy w niebieski szlak, którym doszliśmy prawie do Drogi pod Reglami, zanim zauważyliśmy, że coś się nie zgadza. Tym samym zafundowaliśmy sobie parę dodatkowych kilometrów i podejście oraz uroczą przerwę na kanapki, izotonik i sprawdzenie mapy.

Na Rówience odbiliśmy w lewo na czarny szlak i mocnym podejściem wspięliśmy się na Przełęcz w Grzybowcu, po czym, ślizgając się na rozmiękłym śniegu, lodowym błocie i lodzie, spełzliśmy w oszałamiającym tempie 28 min / km do Doliny Strążyskiej. Na herbatę z konfiturą z jagód i szarlotkę na pół! A później już bez przygód – pełną śniegowego błota i wody Doliną Strążyską do Drogi pod Reglami i przez Las Białego w stronę domu. 

Statystyki: około 13 km, 740 m w górę, 840 m w dół, 3h 16 min.

Czuję, że wracam do żywych i że za parę dni zacznę może ostrożnie truchtać. Stęskniłam się!